Twierdza
Dęblin

29 sierpnia 2004

Witam!

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem waszą stronę dot. Twierdzy Dęblin. Szukając pamiątek po mych przodkach, odnalazłem na ....Syberii pamiętnik mego przodka, który jako oficer saperów walczył w Twierdzy po stronie wojsk rosyjskich. Przetłumaczyłem pamiętnik z rosyjskiego, wysyłam w załączeniu te strony, które dotyczą walk w twierdzy Dęblin, może Was to zainteresuje. Widzę rozbieżności między danymi Waszej stronie a faktami z pamiętników, pamiętniki były pisane ołówkiem na luźnych kartkach, mogłem ja coś przekręcić, jak i pamięć uczestnika walk też mogła być zawodna, ale może coś Was zaciekawi.

Z poważaniem Lech Aksiuczyc



Część II. Obejmująca lata 1914 – 1921

Wojna z Niemcami, Petersburg - 1914 rok

Ani w Petersburgu ani w Oranienbaumie płaczących żon i matek nie widziałem. W szeregach rezerwistów maszerujących ulicami w zwartym szyku słychać było żarty, czasem nawet ostre, adresowane do naszych wrogów. Słychać było pieśni z niecenzuralnymi wyrażeniami jak:

„Karaluch, karaluch przegryzł sukienkę, Nad samą…”

W takiej formie wyrażano też protest przeciw dyscyplinie, łobuzerstwu. Strajki w fabrykach kończyły się same przez się, bez użycia przemocy. Mobilizacja przechodziła bardzo składnie.
Średnia inteligencja podtrzymywała wydźwięk gazet patriotycznych i rozgłaszała po mieście, jacy jesteśmy silni i jak szybko pokonamy Niemców. Kiedy car pojawiał się na balkonie, na placu pałacowym tłum klękał. Widziałem, jak jakaś 20-letnia panienka na Newskim Prospekcie zeskoczyła z dorożki i rzuciła się na szyję bratu – oficerowi.

- Czy słyszałeś, że Anglia również wypowiedziała wojnę Niemcom? Jestem taka zadowolona, taka zadowolona.
- Razem z Anglikami zwalimy Niemców na kolana jeszcze przed Nowym Rokiem.

Na placu Senatorskim tłum splądrował niemiecką ambasadę. Próbowali zrzucić z frontowej elewacji posągi atletów, ale policja ich rozgoniła. Plądrowano niemieckie sklepy. Socjaldemokraci i socjalrewolucjoniści postanowili poprzeć wojnę z Niemcami. Trzeba było mieć bardzo trzeźwy umysł i chłodne spojrzenie, aby nie zostać otumanionym sloganami. Przeciwko wojnie byli tylko Niemcy, mieszkający w Petersburgu. Było ich dosyć dużo. Tak naprawdę to nie byli przeciwko wojnie, a chcieli, aby Rosja przegrała.
Na skierowanie czekałem pięć dni. W tym czasie odjechali turkiestańscy kapitanowie.

Utkwił mi w pamięci moment, kiedy żegnałem się z teściem, Michałem Grigorewiczem na ulicy w Oranienbaumie. Stał w płaszczu. Był blady i poważny. Pocałowaliśmy się.

- Do szybkiego zobaczenia. Do nowego roku na pewno skończymy wojnę.
- Bóg wie – poważnie odpowiedział.

Jego słowa były prorocze. Więcej się nie spotkaliśmy. Pamiętam słowa Toni Askarcewej. Ona była w ciąży, taka roztrzęsiona, jakby źle się czuła.

- Wydaje się mi, że wszyscy zginą, że z wojny nikt nie wróci.

To również było proroctwo dotyczące większości oficerów i tego środowiska, gdzie się urodziła i wychowała.
Postanowiliśmy, że Sima również pojedzie do Turkiestanu. Musieliśmy jednak czekać albo na zasiłek, aby móc się urządzić, albo na zwrot kosztów przeniesienia. Ogólnie mówiąc, powinienem otrzymać jakieś pieniądze.
Michał Grigorewicz nie mógł czekać. Mama mogłaby poczekać na Simę, kiedyś też była w ciąży. Wiedziała, że będzie jej trudno jechać z dwójką dzieci. Wolała jednak towarzyszyć Margo. To była nie pierwsza i nie ostatnia obraza dla Simy.
Dostałem telegram, że mam stawić się w akademii. Skierowano mnie do twierdzy Dęblin. Tam też jechał Gruszwicki i Infantiew.
Profesor Jakowlew uścisnął mi rękę na pożegnanie i powiedział:

- Tam już strzelają. Życzę panu powodzenia. To jest twierdza drugiej kategorii, ale jako pierwsza musi przejść chrzest bojowy.

Wyjazd z Petersburga - 1914 rok

Nasze pospolite meble zwieźliśmy do wujka Wiktora na Obwodowy Kanał, spakowaliśmy walizki. Zmęczona i nie całkiem zdrowa Sima ruszyła w drogę, w której już nie odpoczęła do momentu, aż dzieci urosły. Nie można było więcej opierać się na opiekunkach i częściowo na mnie. Kupiła bilet pierwszej klasy w wagonie z miejscówkami na bezpośredni pociąg. Przedział był przepełniony, w korytarzu też było ciasno. Dzieci zaczęły krzyczeć. Jakiś pułkownik pomógł Simie usiąść i starał się ukryć swoje niezadowolenie z obecności maluchów. Ludzie byli niespokojni. Gala nie mogła usiedzieć na miejscu, a Herman moczył pieluchy. Musiała je suszyć w wagonie. To był dopiero początek.

Poczynając od Moskwy, trasy kolejowe zostały zakłócone. Zaczęły się przesiadki. Najcięższą okazała się przesiadka w Tule. Początkowo Sima jakoś przeniosła swoje bagaże i dzieci na dworzec. Potem trzeba był załadować się do innego pociągu, który stał bardzo daleko od peronu. Tragarzy nie było. Dzieci samych nie mogła zostawić. Nikt nie chciał jej pomóc. Ludzie bali się, że Sima podrzuci dzieci, a sama zniknie. Sima miała wtedy prawie 20 lat. Można sobie wyobrazić, jak z płaczem miotała się po peronie podobna do bezradnego dziecka. Znalazł się tragarz. Sima wzięła ze sobą Hermana, a tragarz część rzeczy. Pozostałe rzeczy i Gala pozostały na dworcu. Później tragarz pobiegł po Galę, a w tym czasie przychodziły jej do głowy różne myśli.

Co będzie, kiedy Gala się spóźni? Aż strach pomyśleć, jak trudno przeżyć taką chwilę. Ale tragarz zdążył dobiec z Galą.

W Samarze było to samo. Znów nie ma tragarzy, a pociąg zaraz odjeżdża. Wszyscy szli przebojem, odpychając kobietę z dziećmi. W końcu zlitowali się nad nią jacyś żołnierze i pomogli jej usiąść w wagonie. A tam znowu ciasnota, mokre pieluchy, znowu trzeba karmić dzieci, ciągnąć je do toalety, gdzie i tak nie doczekasz się kolejki. Stare panny i damulki stosujące aborcję burczą i kręcą nosami. Bezsenne noce, nie chce się jeść, a i nie ma gdzie. I tak pięć dób aż do Taszkientu. A Sima miała mdłości, wszystko ją bolało. Biedna, biedna ta moja żona.

W Taszkiencie spotkał ją Sboew. Tam Sima trochę odpoczęła. Z Taszkientu do Kuszki jeszcze trzy doby. W Merwie spotkała ojca. On przygotowuje się do drogi na kaukaski front. W domu całą uwagę poświęcano Margo. Sima z chmarą dzieci wszystkim przeszkadza. Postanowiła pojechać do ciotki do Oranenburga. Kuszka znajduje się na granicy. Mama z Margo jadą do Tbilisi.

Do Oranenburga Sima pojechała z ordynansem Jegorem, który okazał się lepszym przyjacielem i pomocnikiem niż rodzina. Ciocia nie była zbytnio zadowolona z jej przyjazdu.

Kiedy odprowadziliśmy Simę, razem z wujkiem Wiktorem w kiepskim nastroju poszliśmy w gości do Strozdowskich, żeby się odprężyć. Grube i postawne Niemki ugościły nas tłustą szynką, tradycyjnymi petersburskimi wędzonymi sigami i oburzały się na Rosjan, którzy wszczęli wojnę z „najmądrzejszym w Europie Imperatorem Wilhelmem”. Mogą jeszcze powołać do wojska ich syna, Waldemara. Niedługo kończy on politechnikę. Człowiek to elegancki, pogodny, nie dla niego oficerski mundur. Waldemar nie całkiem zgadza się z matką. Raził nas ton matki i siostry. Chcieliśmy jak najprędzej wyjść z tego niemieckiego gniazdka.
Następnego dnia odprowadził mnie wujek Wiktor i dalszy krewniak w mundurze tragarza, Władek Ragino. Bardzo mu schlebiało, kiedy pocałowałem go na pożegnanie.
Starsi ludzie o czcigodnym wyglądzie i wystrojone damy machają nam na pożegnanie, nisko się kłaniają i błogosławią.
Jadę w wagonie dla oficerów. Wszyscy są trochę wzruszeni.

Droga do Dęblina - 1914 rok

W wagonie ciasno. Rano przejeżdżamy przez Dwinsk. Obok mnie w korytarzu stoi starszy, gruby, zaczynający siwieć oficer. Został wezwany z rezerwy, były oficer sztabu generalnego. Z wyglądu przypominał właściciela ziemskiego. Rozkoszuje się widokiem dziarskich kozaków i huzarów. Dowiedziawszy się, że jestem Białorusinem, opowiadał mi o białoruskich magnatach ziemskich, w herbach których obowiązkowo znajduje się zwierzę albo ptak: Nedowecki, Sokołowski, Wroński, Wołczkowicz itd.. Zaproponował mi miejsce w dwuosobowym przedziale. Ja ustąpiłem swoje górne Żydówce, która nie wiadomo jak znalazła się w oficerskim wagonie. Nawet są dwie Żydówki. Towarzyszą w podroży dumnemu z siebie lekarzowi, który najwyraźniej niedawno przywdział mundur wojskowy. Z właściwym dla Żydówek uwielbieniem dla rodaków-mężczyzn damy ustępują miejsca swoim kawalerom.

Po drodze do Dęblina pociąg zatrzymał się na trzy godziny w Wilnie. Pojechałem dorożką do Nikanora. Jakże małe jest Wilno w porównaniu do Petersburga! Puste, wąziutkie zaułki z chodnikami, po których sześć lat temu stukały moje lakierowane buty. Koledzy Nikanora przywitali mnie jak bohatera, który jeszcze nie dokonał wielkich czynów, ale niewątpliwie dokona. I jeszcze - nie tylko solidny oficer, a dodatkowo akademik.

Pojechaliśmy na przedmieścia miasta na teren „Zwierzyńca”, gdzie mieszkał Nikanor, który znowu likwidował swoją jadalnię. Helena z przyzwyczajenia zaczęła mnie karmić. Kiedy byłem kadetem, przychodziłem do nich gotowy zjeść nawet dwa obiady. Dzieci ze zdziwieniem patrzą na nieznajomego wujka.
Nikanor odprowadził mnie na dworzec. Naiwnie wierzył we wszystkie plotki i pogłoski, które pojawiają się w gazetach. Ja od samego początku odnosiłem się do nich sceptycznie.

Warszawa – piękne miasto. Kwiaty na balkonach, zadbana i czysta Aleja Jerozolimska. Łazienki z Zamkiem Królewskim podobnym do letniego teatru. Stare domy na Krakowskim Przedmieściu i na Marszałkowskiej. Polacy są towarzyscy i uprzejmi.
Z opowiadań oficerów nie byli oni tak uprzejmi. Nawet w sklepach udawali, że nie rozumieją po rosyjsku. Znajomość inteligentnej Polki z rosyjskim oficerem uważali za duży nietakt. Lody zaczęły puszczać po odezwie do Polaków najwyższego rangą głównodowodzącego Mikołaja Nikołajewicza, dającej nadzieję na podarowanie Polsce autonomii. Mianowanie na stanowisko najwyższego głównodowodzącego Wielkiego Księcia Mikołaja Nikołajewicza było przez społeczeństwo rosyjskie również dobrze przyjęte. Jego surowe prawa były wszystkim znane. Ukończył akademię wojskową, więc jasne też było, że lubi wszystko, co jest związane z armią. Rzeczywiście, w pierwszych miesiącach wojny był popularny w wojsku za swą surowość w stosunku do wyższych generałów. Żadna protekcja nie pomagała tchórzom i próżniakom.
Chciałem doskonalić się w języku polskim. W księgarni proponowali mi Wejsengofa (polski Turgieniew) i Przybyszewskiego. Kupiłem sobie te książki.

Do Dęblina przyjechaliśmy z Infantiewem wieczorem. Wiedziałem, że to przestarzała twierdza z ceglanymi fortami. Tak więc ceglana cytadela w ogóle mnie nie zachwyciła. Przenocowaliśmy w oficerskiej resursie przekształconej na tymczasowy hotel.
O świcie obudziły nas strzały z karabinów. Nad cytadelą pojawił się samolot, padały przypadkowe strzały. Strzelali sanitariusze, siostry miłosierdzia a nawet kucharze. Rozległy się krzyki, że samolot został zestrzelony. Poznaliśmy inżyniera wojskowego, Głazenappa. Wziął nas do swojego samochodu i pojechaliśmy w stronę samolotu.
Przy samolocie stał pilot i biegle po rosyjsku w ordynarny sposób klął na strzelających. Był to Gołubew wysłany ze sztabu frontu do sztabu IV armii. Zakręciliśmy śmigło i Gołubew znów uniósł się i poleciał dalej.
Poszliśmy przedstawić się komendantowi. Na schodach spotkaliśmy starego, nabrzmiałego, krótkowzrocznego dowódcę dywizji, generała Sztakelmana.

- Czy jesteście saperami?
- Jesteśmy słuchaczami Akademii Inżynieryjnej.
- Jak dobrze. Młodzi inżynierowie są nam potrzebni. Ja sam jestem inżynierem wojskowym, ale jak widzicie wypadłem z szeregów.

Przedstawiono nas naczelnikowi inżynierów, generałowi Popowowi i jego pomocnikowi, pułkownikowi Szwarcowi.

Dęblin - 1914 rok

Pułkownik Szwarc był profesorem naszej akademii. Wiedzieliśmy, że brał udział w obronie Port-Artur i otrzymał za to Krzyż Św. Grzegorza. Uznawano go za utalentowanego fortyfikatora. Do słuchających odnosił się po koleżeńsku i wszyscy go lubili. (W książce „Port-Artur” Stepanow wspominał go jako dobrego sapera).
Generał powiedział:

- Przed czwartą przyjdźcie do mnie na obiad.

W mieszkaniu generała zastaliśmy Szwarca i jeszcze jednego inżyniera wojskowego, podpułkownika Bielajewa. Chwilę później wszedł Sztakelman i Szwarc nas przedstawił.

- Czy jesteście saperami? – znowu padło to samo pytanie.

On już zdążył o nas zapomnieć. My z Infantiewem tylko popatrzyliśmy na siebie…

Podano wino, zimne i gorące przekąski, dwie zupy do wyboru. Na drugie danie gęś i coś jeszcze do wyboru. Był też krem, owoce i wino deserowe.
Zakłopotani wymienialiśmy spojrzenia. Generał i Bielajew próbowali wina i zakąsek oraz opowiadali anegdoty. Szwarc prawie milczał. Szybko zjadł obiad i wyszedł do sąsiedniego pokoju. Najwidoczniej on już ocenił tych „wojaków”.
Za kilka minut znowu wrócił do jadalni. Razem z nim w mundurze bez dystynkcji, z szablą, rewolwerem, torbą polową, jakimiś gwizdkami i z latarką przyszedł inteligentnie wyglądający cywil z niedużą bródką.

- Tatarinow Włodzimierz Walerjanowicz – tak przedstawił go Szwarc.

Tatarinow uprzejmie porozmawiał z generałem i wyszedł.

- Czy to ten sam Tatarinow? – zapytałem Szwarca – który…
- Ten sam - nie dał mi skończyć Szwarc.

W swoim czasie dużo o nim pisali w gazetach. On wynalazł helikopter. Dzięki generałowi Kowańko, który przewodniczył wojskowym konstruktorom-lotnikom, Tatarinow otrzymał subsydia w wysokości 40 czy 60 tysięcy rubli. Wyposażył swoje laboratorium, w którym prowadził doświadczenia. Z doświadczeń nic nie wyszło i podpalił swoją pracownię. Wzięli go do kliniki psychiatrycznej. Tegoż właśnie wynalazcę Szwarc wypisał z kliniki i skierował do Dęblina. Na początku zlecono mu podłączenie prądu do zasieków z drutu, a potem przekazali mu reflektorowy pluton i przyczepę z polową elektrownią.

- Prowadzimy gospodarstwo na zasadach komercyjnych - powiedział Popow. Jeśli chcecie możecie się do nas przyłączyć.

Jeszcze raz zjadłem obiad z generałami. Dowiedziałem się, że obiad kosztuje prawie 5 rubli i pospiesznie odmówiłem.
Skierowali mnie do dyspozycji Głazemona, do umocnienia fortu wannowskiego i zrobienia przejść między fortami.

Fort wannowski osłaniał most kolejowy wiodący przez Wisłę. To był najnowszy i najdoskonalszy fort z betonowymi kazamatami i podziemnymi przejściami. Kaponier dla ostrzału przejść nie zdążyliśmy zrobić.

Pociągi nie jeździły, a przez ten most my chodziliśmy do fortu. To było prawie 3 kilometry od cytadeli. Na lewo i na prawo od fortu miejscowi ludzie kopali okopy i rowy łącznikowe pod dowództwem kompanii saperów, którą dowodził podpułkownik Gulbe. Zamieszkałem w pustym oficerskim mieszkaniu. Razem ze mną zamieszkał lekarz artylerii fortecznej, Ksawery Sokołowski. Był prawie trzy lata starszy ode mnie. Służył w Warszawie, gdzie nabył blichtr. Urodził się gdzieś obok Śwęńcian, więc był moim rodakiem. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i on przeprowadził się do mojego pokoju. Przed trzydziestką, a tym bardziej na wojnie, przyjaźnie nawiązuje się szybko. Żeby zdobyć praktykę w języku polskim starałem się również mówić po polsku z Sokołowskim i z pracownikami – Mazurami, chociaż oni mieli swój żargon. Na przykład, zamiast powiedzieć: „jechałem na koniu bez czapki przez las”, oni mówili: „jechałem na koniu przez czapki bez las”. Staruszkowie byli jacyś brudni, staruszki krzykliwe, młode dziewczęta kokieteryjne. Sokołowskiemu wypadało trochę porozmawiać, gdy pojawiły się pod przykrywką choroby dwie podstępne robotnice i nie od razu mogliśmy się ich pozbyć. Chyba były to miastowe kobiety. Kobiety z wioski były płochliwe i nie chciały rozmawiać. Przed linią fortu stał kościół, opactwo (od słowa „abbat” albo po polsku „opat”). Ksiądz był na miejscu i bardzo się obraził, gdy przy urządzaniu obrony saperzy zniszczyli zaporę i zatopili łęk poniżej stawu. Skarżył się też komendantowi. Komendant powiedział, że jego posiadłości nie będą już więcej ruszać. Z chłopami tak się nie krępowaliśmy. Obok opactwa była wioska. Kiedy weszliśmy do ubogiej izby i poprosiliśmy, aby sprzedano nam gruszki staruszek natychmiast narwał nam pełną czapkę owoców i nalegał, żeby nie dawać pieniędzy. Widocznie bał się nas tak samo jak Niemców.

W izbie była gliniana podłoga, nędzne sprzęty i ubranie nie lepsze niż na Białorusi. Było wielu analfabetów i niezbyt rozwiniętych ludzi. A ja sobie myślałem, że Polska jest bardziej rozwiniętym krajem niż Białoruś.

Austriacy znajdowali się w odległości 25 wiorst od naszych fortów. Nalotów z powietrza nikt się nie bał, ponieważ bomby nigdy nie trafiały w cel, bo były słabsze od artyleryjskich pocisków, a poza tym było ich mało. Zaprzestałem chodzić na obiady do generała i do cytadeli też nie chodziłem. Mój kierownik Głazenapp nie przyjeżdżał do fortu każdego dnia. Ja nie odpowiadałem za nic. Saperzy pracowali, kasjerzy z cytadeli płacili miejscowym, a mi pozostała rola konsultanta i nadzór techniczny.

Szwarc sam nam dał wytyczne- zrobić kaponiery tymczasowe z drewna, z podwójnymi ściankami, z glinianym zasypem. Strop – zwarty rząd szyn, wzmocniony dwoma rzędami kłód i gliniany zasyp. Zrobiliśmy to.

Pod koniec października zaczął się ostrzał opactwa przed naszym fortem. Austriacy podejrzewali, że kościół służy nam jako punkt obserwacyjny. Kilka pocisków spadło na most dworcowy. Właśnie tego dnia szedłem do cytadeli. Kobiety przez most pospiesznie przeganiały krowy i owce. Rozległ się świst pocisku, potem był wybuch i zapaliła się jakaś budka. Kobiety jednocześnie krzyknęły, ale dalej biegły przez most. Jedna z nich w podeszłym wieku bez okrycia na głowie przypominała mi moją mamę. Zachciało mi się płakać. Za nasypem kolejowym w ukryciu stała furmanka. Staruszkowie powożący zdjęli czapki i cicho, pokornie modlili się. Zabitych nie było.
Razem z doktorem Sokołowskim dostaliśmy się do betonowej kazamaty w centrum fortu. Potem wyszliśmy na przedpole i obserwowaliśmy, jak strzelają w kościół. Oczywiście, jeśli artylerzyści zmieniliby cel, łatwo mogliby skierować na nas ogień. Ale z jakiejś przyczyny tego nie zrobili.
W kazamacie Elizarow grał na bałałajce i opowiadał anegdoty. W specjalnych niszach gęgały gęsi, które zostały zakupione na zapas przez przezornych ordynansów. Obok nich urządził się dowódca kompanii saperów, Sokolski ze swoim oficerem towarzyszącym, Sumatochinem, który po mistrzowsku rysował karykatury.

Następnego dnia trzeba by skończyć podziemny schron na reducie miedzy fortami, ale pułk nie wystawił swoich pracowników. Cywilów dawno zwolniliśmy do domów. Podszedłem do grupy oficerów, w której znajdował się Szwarc.

- Wasza Ekscelencjo, do prac przy podziemnym schronie potrzebny jest pluton żołnierzy.
- Co tu jest do roboty? Zaczęła się walka – z niewłaściwą dla niego oschłością odpowiedział komendant. Był trochę blady.

Za kilka minut wystrzeliło 6-calowe działo. Większego kalibru w twierdzy nie było. To działo miało zasięg do 12 kilometrów.
Pułkownik Bugiłowicz to tęgi, starszy, pewny siebie i energiczny człowiek przed pięćdziesiątką. Bugiłowicz tworzył niewielki sztab obronny w podziemnym kazamacie.
Chodziliśmy do niego posłuchać nowości. Inżynierów w stopniu oficera witał życzliwie, a piechurzy bali się go.

Zaczęły się ciężkie walki na przedniej linii około 7 kilometrów od linii fortów. Na prawej flance przeprawił się przez most pontonowy 3 Korpus Kaukaski. Żołnierze opowiadali o małym, siwym i trochę podobnym do Suworowa generale Irmanowie, który przepuszczał wojska obok siebie, siedząc na koniu i nie zwracając uwagi na pociski przeciwnika. Pośrodku wyszła na wannowski fort druga, kolejna dywizja Szmakachowicza, a bardziej na lewo od Dęblina obok Kozienic (w pasie Puławy) nadeszła dywizja gwardii.
Ogień artyleryjski i ogień z karabinów maszynowych trwał nieprzerwanie i w dzień i w nocy. Rannych wozili do fortów, które nie były ostrzeliwane. Kapitan Stogow powiedział, że drzewa rosnące wzdłuż torów kolejowych zasłaniają mu pole obstrzału pozycji przed fortami. Razem z nim wspinaliśmy się na punkt obserwacyjny i wyznaczyliśmy nowe pole obstrzału. Z Radomia przysłali prawie stu policjantów, którzy okazali się niepotrzebni po wycofaniu się naszych wojsk i zajęciu miasta przez Austriaków. Miałem do dyspozycji dwudziestu z nich do prac okopowych. Powierzyłem im oczyszczenie pola obstrzału. Trzeba było wchodzić na drzewa i obcinać ich wierzchołki. Przyjechał do mnie podpułkownik Gulbe i wstrzymał prace. Zrobił mi przesłuchanie - kto zezwolił na naruszenie maskowania twierdzy. Zaraz poszedłem do cytadeli donieść o tej nieprzyjemnej sytuacji, jaka mnie spotkała, generałowi Popowowi. Przy wejściu do wydziału inżynieryjnego spotkałem Głazenappa.

- Olgierdzie Genrichowiczu, przyszedłem wytłumaczyć moje czynności dotyczące oczyszczania pola obstrzału.
- Nie ma sprawy. Powiedziałem, że to moje zarządzenie.
- Olgierdzie Genrichowiczu! Za swoje błędy powinienem odpowiadać sam. Po co pan ma nadstawiać kark.

On tylko się uśmiechnął. Czy w dzisiejszych czasach tak zachowałby się szef i stanąłby w mojej obronie? W końcu żadnej nieprzyjemności nie było. Artylerzyści, piechota i saperzy poparli moje prace. To policjanci i żandarmi złożyli donos.
Oko
py były coraz głębsze. Zaczęto budować redutę między fortami. Odrosła mi broda koloru kasztanowego z rudymi odcieniami.

Na drodze do fortu pojawił się samochód osobowy. Przyjechał pomocnik naczelnika inżynierów, podpułkownik Beliajew – leniwy wygodniś, znawca dobrych win i zakąsek. Obok niego siedziała 30- letnia dama w kokieteryjnym kapelusiku. Nosiła pierścionki na palcach i kolczyki z brylantami. Podszedłem do Beliajewa z meldunkiem. On przedstawił mnie swojej żonie. Potem dowiedziałem się, że jej panieńskie nazwisko brzmi Rodzianko (nie była córką przewodniczącego Dumy, a jego dalszą krewną). Miała 40 tysięcy posagu. Złośliwi ludzie mówili, że pod posagiem kryły się łapówki, które Beliajew otrzymywał od przedsiębiorców. Beliajew z żoną mieszkali w pałacu Paskiewicza o nazwie „Irena”, który znalazł się w strefie działań wojennych i został skonfiskowany właścicielowi.

Przeciwnik był jeszcze daleko, ale było jasne, że Gindenburg przegotowuje się do uderzenia na forty. Dla wzmocnienia fortecznego garnizonu ściągnięto 3 Kaukaski Korpus i 1 Dywizję Gwardzistów. Zwierzchnictwo nad nimi objął komendant fortu. Naszego profesora Szwarca promowali na generała i mianowali go komendantem fortu. Generał Popow i inni generałowie byli oburzeni, że ich podopieczny awansował wyżej od nich. Szwarc wziął sobie do współpracy młodych oficerów, a staruszkom dał pracę w sztabie cytadeli. Ja zostałem oficjalnie mianowany na stanowisko kierownika robót w forcie wannowskim. W forcie utworzono sztab obrony lewego brzegu Wisły. Dowódcą został komandor mstisławskiego pułku, pułkownik Budiłowicz. Rezerwowym na to stanowisko został generał Sztakelman, z którym poznałem się pierwszego dnia przyjazdu. Z pomocą piechoty zaczęliśmy umacniać pierwszą linię, około 8 kilometrów od wannowskiego fortu.
Szwarc wezwał do siebie jeszcze kilku ludzi. Znalazł się wśród nich mój kolega z Turkiestanu, Tejch, a także Elizarow i Borisow. Zezwolili na przyjazd żon na kilka dni. Przyjechała mieszczanka Elizarowa, i podobna do Natalii Rostowej, młodziutka żona Gruszwatskiego. Jako gospodarz fortu przygotowałem paniom mieszkania. Zorganizowaliśmy wspólną stołówkę. W sklepie polowym było dużo wina, czekolady i gęsi, które wcześniej eksportowano do Austrii, a teraz sprzedawane były za bezcen.
Głazenapp często pożyczał nam swój samochód. Trwało nieprzerwane święto. Zwierzchnicy piechoty wiedzieli o naszej bliskiej znajomości ze Szwarcem, więc odnosili się do nas z szacunkiem.

Do fortu przyjechali wielcy książęta – Aleksander Michajłowicz i jego starszy brat, Mikołaj. Aleksander, postawny, szpakowaty brunet, ożenił się z siostrą Mikołaja. Był dowódcą floty powietrznej. Mówiono, że część funduszy przeznaczanych na flotę trafiała do jego kieszeni. Starszy brat, Mikołaj Michajłowicz był bardziej postawny i grubszy, ale miał gorszą prezencję. W towarzystwie oficerów garnizonu zachowywali się swobodnie. Odwiedzili także nasz fort.
W tym czasie moja biedna żona dużo silniej przeżywała trudy wojny. Musiała wyjechać z Kuszki. Ojciec i mąż Margo poszli na kaukaski front. Ich żony wyjechały do Tbilisi, a Sima z dziećmi i ordynansem pojechała do cioci Nadii, siostry Michała Grigoriewicza. Mąż cioci, wujek Prokop pracował w kozackim urzędzie. Nosił czapkę z czerwonym otokiem i mundur z czasów Puszkina. Przypominał mi kapitana Mironowa z „Córki kapitana”. On przywitał Simę jak swoją rodzoną, ciocia naburmuszyła się. Po kilku dniach pobytu Sima zaproponowała swój pieniężny wkład na wydatki.

- Co ty? - zamachał ręką wujek. - Ty musisz urządzać się w nowym miejscu. Niedługo pójdziesz rodzić i sama potrzebujesz pieniędzy. Kiedy przyjedzie Aniuta, to się rozliczymy.

Ciotka obrażona milczała. Kiedy wujek wyszedł, powiedziała:

- Niepotrzebnie wspominałaś o pieniądzach przy wujku. On nic nie rozumie. Daj mi te pieniądze.

Za kila dni znów zaczęły się rozmowy:

- Dlaczego ta Aniuta nie przyjeżdża? Podrzuciła nam Simę z dziećmi i ciasno tutaj.- (Ich córka – też Sima mieszkała u nas w Samarkandzie pół roku, a ojciec mojej żony nakupił jej jeszcze ubrań.)

W końcu przyjechała mama. Simę przyjęto do kliniki położniczej, gdzie warunki były kiepskie. Sima płakała, że Gala i German urodzili się w domu i wszystko było wcześniej przygotowane, a biedny Gieogrij leżał w szorstkim, podartym szpitalnym ubranku. Sima spiesznie wypisała się ze szpitala. Warunki w domu były jeszcze trudniejsze. Sima była chora, a Herman miał biegunkę. Tylko ordynans Jegor litował się nad nią. Ciotka obrażała i jego. Sima często płakała. Nie mogła odpocząć ani w dzień, ani w nocy, a miała dopiero 20 lat. Jegor pocieszał ją, jak umiał:

- Niech pani nie płacze. Wszystkim jest ciężko w czasie wojny. Wielmożnemu panu na pewno też jest trudno.

Otrzymaliśmy wiadomość, że Żorż został zabity w pierwszych walkach o Soldaj.
W gazetach napisali: „Zabito podpułkownika Stepanowa Georgija Michajłowicza”. Telegrafem przyszła wiadomość, że to pomyłka. Zginął podporucznik Stepanow 20 - go połtawskiego pułku i pogrzebany został w zbiorowej mogile. Smutku i łez było jeszcze więcej.
W końcu Jegor znalazł mieszkanie u obcych ludzi i Sima przeprowadziła się tam z dziećmi. Byle dalej od rodziny. Mieszkanie okazało się zimne. German chorował. (Uwaga Simy: Tutaj Jan pomylił się z datą. Żorż został zabity w sierpniu, kiedy wszyscy byliśmy w Kuszce. Mama przyjechała, kiedy byliśmy już w wynajętym mieszkaniu. Ja stąd pojechałam do kliniki położniczej. W tym czasie German był zdrowy.)
Z teorii wiedziałem, że działa do skrzydłowego ostrzału przejść ustawione są w betonowe kaponiery. W forcie wannowskim kaponier nie było. Mówiliśmy o tym z Głazenappem na wydziale inżynieryjnym. Zapytałem, czy jest gdzieś projekt kaponiery. Generał zaproponował mi, żebym sam zrobił projekt. Na zwykłym papierze narysowałem plan, nie zwracając uwagi na powiązanie go z otaczającym terenem. Jakoś nakreśliłem to na nowo atramentem i zaniosłem generałowi. Ten bez żadnych dyskusji napisał: „zatwierdzam”. Dziwił mnie taki lekki stosunek do pracy, gdyż w akademii profesorowie mieli surowe wymagania.
Za kilka dni zjawił się cywil o wyglądzie spekulanta, w na wpół sportowym stroju. Pokazał notatkę Beliajewa, że jemu powierzono dostarczyć materiały do budowy kaponiery. W międzyczasie zaczęły się walki na przedniej linii. Stało się jasne, że już za późno na zajmowanie się betonowymi pracami. W pierwszej kolejności dostarczyliśmy kamień i zbudowaliśmy fundament. To było dopuszczalne.

- A gdzie jest tłuczeń i cement do betonu?
- W dowództwie inżynieryjnym doszliśmy do porozumienia, że ściany można zrobić z kamienia łupkowego i betonu.

Natychmiast poszedłem do generała.
- Wygnajcie go do diabła – jasno nakazał Popow.

Sęk w tym, że wykonawca projektu liczył na awans, a dalsza walka na froncie zwalniała go od pracy. Zdaje się, że mógł dostać nawet karę umowną. Możliwe, że za tymi kombinacjami stał Beliajew. Na wszelki wypadek przegoniliśmy tego wykonawcę i oskarżyliśmy go o odstąpienie od projektu.
Dwa dni po wprowadzeniu się do mnie Sokołowskiego do naszego pokoju wtargnął wysoki, już niemłody porucznik cały obwieszony bronią.

- Poklewski-Kozioł – przedstawił się nam. -Mam zaszczyt zaprosić panów na kolację. Podawana będzie gęś.

Mówił po polsku. Nie trzeba było długo nas prosić. W sąsiednim mieszkaniu również zajętym przez rodzinę oficera na stole stały butelki z wódką i winem i leżała upieczona gęś. Przy stole siedziało dwóch chorążych.: Matuszewski - architekt, Górski - prawnik.
Poklewski-Kozioł podobnie jak my ukończył politechnikę. System mobilizacji był tak zorganizowany, że inżynierów brali do piechoty, a na stanowiskach, gdzie potrzebna była wiedza techniczna, rządzili żołnierze z rezerwy, trzeba przyznać, nieźle sobie radzili. Poczułem to od razu, kiedy mianowali mnie do odbioru reflektorów. Ja z całym swoim wykształceniem nie wiedziałem, jak włączyć silnik, a oficer rezerwy doskonale znał praktykę i teorię.
Poklewski-Kozioł był bogatym właścicielem ziemskim. W Warszawie słynął z nieposkromionego charakteru. Hulał, pojedynkował się z humorem i na przekór wszystkim prawom kodeksu pojedynku, godził pojedynkujących się, całował się z sekundantami przeciwnika i wszczynał kłótnie z kim popadło.

W Dęblinie wpadłem w towarzystwo znacznie różniące się od tego z Samarkandy. Tutaj, spośród oficerów rezerwy często można było spotkać interesujących, wesołych i kulturalnych ludzi, ale moi koledzy z pułku byli uczciwsi i serdeczniejsi. Mieli dobre koleżeńskie tradycje. Byli tam starsi, szanowani koledzy, jak: Suchorecki czy Stepanow, przed autorytetem których, cofali się nawet tak pryncypialni buntownicy, jak ja z Gordienko. Tutaj nie było autorytetów i powstawały konflikty interesów. Wygrywał ten, kto lepiej wykorzystywał sprzyjające sytuacje.
Obiady jadłem u kapitana artylerzystów Stogowa. Z figurą herosa i twarzą podobną do Ilii Muromca, starzejący się kawaler, był jak gospodarstwo, które zachowało się w nienaruszonym stanie z czasów pokoju. Obiad był oryginalny, bez zupy, z kawałkami dobrego mięsa, warzywami, rzepą i kukurydzą. Wszystko to popijaliśmy dużą ilością surowego mleka. Za ordynansa przydzielili mi powolnego Polaka. Nazywał się Wróblewski i był bogatym człowiekiem. Zniżył się do tego stanowiska tylko ze strachu przed wojną. Nie tak szybko przywykł do tej sytuacji. My z Sokołowskim nie obrażaliśmy go.

Wypady.

Była ciemna noc przy końcu października. Przed nami bez przerwy trzaskają karabiny maszynowe, buchają działa. Czasami wybuchnie na ciemnym tle rakieta. Huk strzelaniny to cichnie w kilku miejscach, to rozpływa się frontem stopniowo cichnąc na flankach w oddali. Wszystko to dzieje się pod gołym niebem. Pod ziemią w betonowym kazamacie było cicho. Elektryczna lampka skąpo oświetla niziutką celę z niebielonymi ścianami. Na ścianie mapa z chorągiewkami, niepomalowany stolik, kilka taboretów i kilka aparatów telefonicznych. Budiłowicz z popowską wymową na „o” rozmawia przez telefon, opowiadając sytuacje z wojskowego doświadczenia, które miały miejsce w czasie wojny japońskiej. On nie śpi trzecią noc, ale nie widać po nim zmęczenia.
Wiemy, że dzisiaj mstisławski pułk robi wypad w celu przerwania przednich pozycji wroga. Według powieści Waltera Scotta i Sienkiewicza wypad kojarzył mi się z tajemniczym napadem grupy śmiałków, 50-100 ludzi na tyły wroga. Jest walka wręcz, pokonywanie rowów, podziemi itp. . Tutaj wkracza pułk na szerokości frontu z artylerią na tereny, gdzie nie ma wroga. Widząc, że Budiłowicz już dawno nie spał, my wojskowi inżynierowie zaproponowaliśmy mu, że będziemy pełnić dyżury. Było nas pięciu, a zadania dostawał tylko Sokolski i oficer mu towarzyszący. Oni umacniali zasieki z drutu w poszczególnych miejscach i naprawiali drogi. A ja, Elizarow i chorąży Gariun (inżynier-mechanik) nie robiliśmy nic.
Koło północy obudzono mnie i wezwano do sztabu obrony.

- Komendant prosi pana o wypełnienie jego polecenia - grzecznie zwrócił się do mnie Budiłowicz.
- Tę notatkę trzeba podać dowódcy mstisławskiego pułku. Zadanie przekażecie ustnie. Oprócz tego niech pan zobaczy, co tam się dzieje. Nie mam żadnych informacji od niego. Łączność telefoniczna została przerwana.

To było poważne bojowe zadanie. Zazwyczaj takie zadnia wypełniają oficerowie generalnego sztabu (sztabowi adiutanci), ale Szwarc miał ich mało. Jak wszyscy inżynieryjni oficerowie, on wolał nasz rodzaj broni.
Było trochę strachu i chwilowe wahanie czy brać ze sobą szablę, czy zamienić ją na strzelbę z bagnetem. Wziąłem szablę. Rewolwer wyciągnąłem z kabury i włożyłem go do kieszeni płaszcza. Budiłowicz poradził mi, abym wziął ze sobą żołnierza. Wezwałem ochotnika ze stałej obsługi garnizonu fortu. Poszedł ze mną podoficer Podstawkin. W niezalepionej notatce był rozkaz, aby połączyć siły z nowoinergmanlandskim pułkiem Kaukaskiego Korpusu.
Dopóki przedzieraliśmy się przez nasze zasieki, nie było widać kompletnie nic. Dopiero kiedy wyszliśmy przy opactwie, oczy przywykły do ciemności. Widzieliśmy już drogę, tylko kałuże pojawiały się pod nogami zupełnie niespodziewanie. Siąpił słaby deszcz, strzelanina ucichła. Przypomniałem sobie, jak książę Andrzej Bołkoński przekazywał zarządzenie Bagrationa kapitanowi Tuszynowi w bitwie szengrabeńskiej w 1805 roku i jak pomagał mu uratować działa.
Bałem się, że zgubię drogę w ciemności. Jakiś płomyczek zamigotał na drodze. Kto to może być? Czy nie pozostała czasami gdzieś z boku lub z tylu nasza tyraliera? Ostrożnie podkradliśmy się do okienka opuszczonego domku. Domek przypominał aptekę albo szpital. Poszliśmy na ganek.

- Kto tam? – rozległ się przestraszony głos.

Na ganek wyszedł człowiek w fartuchu. Był to lekarz wojskowy.

- Nakazano mi uruchomić tutaj punkt opatrunkowy. Pułk poszedł do przodu, a ja tu czekam, czy zjawią się nasi, czy Niemcy. Nie mam łączności z pułkiem, ale powinien być blisko.

Dalej poszliśmy z większą śmiałością. Napięcie nerwowe osłabło ze zmęczenia. Po drodze trafiały się wozy dwukołowe wiozące pociski. Spotykaliśmy też telefonistów. Po przewodzie telefonicznym doszliśmy do podziemnego schronu dowódcy pułku. Na przedzie było słychać małą strzelaninę.

- Oddam to zarządzenie podpułkownikowi Pawłowskiemu. Łączność z nim została przerwana. W tym momencie jego batalion atakuje. Zarządzenie przekażę batalionowi rezerwowemu. A zresztą, po co przysyłają mi oficera? Sam powiadomię o sytuacji telefonicznie.
Pułkownik był nie całkiem trzeźwy. Adiutant powiedział mi, że batalion Pawłowskiego zatrzymał się przed pozycjami przeciwnika i będzie czekać do świtu. Są duże straty. Nie wiadomo nawet, czy Pawłowski jest zabity, czy jest tylko ranny. Pozostaje tylko czekać do świtu. Nie miałem pełnomocnictwa i chęci, aby zebrać batalion i prowadzić go do walki. Pozostało mi tylko jak najszybciej wracać. Znacznie weselej było wracać. Za półtorej godziny byłem u Budiłowicza. Budiłowicz był bardzo zaniepokojony. Łączność telefoniczna została właśnie co przywrócona.

- Pułkowniku, rozkazuję panu opuścić schron i osobiście wyjaśnić mi, gdzie jest batalion Pawłowskiego i dlaczego nie atakuje. Doniosę komendantowi, że jest pan tchórzem i odsunę pana od dowodzenia.

Do mnie zwrócił się zupełnie innym tonem. Podziękował mi i kazał odejść. Szybko zasnąłem twardym snem. O świcie wyszedłem ze schronu i spotkałem starszego lekarza. Usta mu drżały.
Całą noc wieźli rannych. Całe mnóstwo amputowanych rąk i nóg. Wielu nie udało się ewakuować do cytadeli i do szpitala. Wielu umiera w drodze. Ranni wracali do fortu pojedynczo lub ktoś ich prowadził.
Pamiętam jednego chudego żołnierza z roztrzepaną brodą i zakrwawionym opatrunkiem na ręce. Miał na sobie ubrudzony błotem płaszcz bez paska. Żołnierz kulał. W lewej ręce trzymał strzelbę, na której opierał się jak na kiju. W oczach widać ból, zagubienie i strach. Bał się, co się z nim stanie, gdyż opuścił szeregi walczących. Na froncie fortu stał Budiłowicz z lornetką oraz nieszczęśliwy dowódca mstisławskiego pułku. Dowódca pułku płacze. Budiłowicz milczy, ale policzek mu drży. Okazało się, że batalion dostał się pod ostrzał z flanki i stracił około 1000 ludzi. Niewielka część z tych, co przeżyli, ugrzęzła w błocie. Następnie wycofali się, biorąc ze sobą rannych. Ciężko rannych zostawiono na polu bitwy. Pawłowski został zabity. Austriacy ostrzeliwali wycofujących się żołnierzy rzadkim artyleryjskim ogniem. Fortu jednak nie ostrzelali.
Za kilka dni postanowiono powtórzyć uderzenie na pozycje wroga. Zrodziła się myśl, aby wzdłuż torowiska linii kolejowej skierować opancerzone samochody i ostrzelać pozycje przeciwnika na flance. Razem z młodym podpułkownikiem, dowódcą oddziału zmotoryzowanego przeprowadzałem rozpoznanie drogi. Do naszych celów dojechać można było niepostrzeżenie. W każdym razie samochodem osobowym przejechaliśmy tędy za dnia, ale dalej był kilometrowy odcinek błota, który oddzielał nasze tyraliery od austriackich. Innej drogi niż przez torowisko nie było. Postanowiono nie ściągać szyn, a na końcach podkładów kolejowych ułożyć deski wzdłuż torów. Pułkownik podjął się wjechać po nich dwoma lub trzema samochodami, ostrzelać przeciwnika i na wstecznym biegu wycofać się. W głębi duszy myślałem, że to awanturniczy gest i pułkownik sam w niego nie wierzy, a ma nadzieję, że nie wykonam jego zadania. Wtedy będzie można zwalić winę na mnie i na saperów.

Dali mi pluton saperów i kompanię piechoty. Zaczęli burzyć płoty i dachy w sąsiedniej wiosce. Deski i kłody ciągnęli do torowiska linii kolejowej.