Twierdza
Dęblin

c.d.

Było tego za mało. Nie mogliśmy zaczynać. Musieliśmy czekać do następnej nocy, dopóki nie dowiozą desek. Dowódca drużyny samochodowej, podporucznik – Łotysz sceptycznie odnosił się do tego przedsięwzięcia. Klął na podpułkownika, który wyjechał. Jasne było, że osobiście nie będzie ryzykować. Zgadzałem się z podporucznikiem, ale nie miał on prawa przerwać swojej pracy. Dowódca milczał i przygotowywał się do kolejnej nocy.
Następnego dnia jeszcze przed zachodem słońca byłem w sztabie batalionu. Pawłowskiego zastąpił podpułkownik Czerniłowski-Sokół. Podpułkownik siedział z zawiązaną głową. Wyglądał na zmęczonego. Krew wystąpiła na opatrunku. Uważał, że to lekka rana, więc pozostał w szeregach armii. Powiedział mi, że Austriacy zauważyli naszą wczorajszą pracę. Postawili nowe działo, które było wycelowane prosto w torowisko linii kolejowej.

- Przed chwilą na moich oczach urwało głowę telefoniście. Porucznik Budiłowicz znów rozkazał przeformować batalion, a nas powinna osłonić kompania patrolowa oddziału ubezpieczającego.

Kiedy zupełnie ściemniło się, wziąłem oddział i postanowiłem przedostać się wzdłuż drogi jak najbliżej przeciwnika. W tak poważnej sprawie nie mogłem wierzyć nieznajomemu oddziałowi ubezpieczającemu, który znajdował się 50 kroków przed nami. Szliśmy bardzo ostrożnie. Mówiliśmy szeptem. Przeszliśmy tak 500 kroków. Tyle też zostało do pozycji przeciwnika. Przed nami był głęboki, wypełniony wodą rów i most. Jeśli dalej jest posterunek strażniczy, to na pewno zobaczą nas na moście i zaczną strzelać. Wyjąłem rewolwer, wstrzymałem oddech i z drżeniem serca poszedłem naprzód.
Kiedy później pytali mnie, jakie to uczucie odpowiedziałem: to tak, jak w młodości zdecydujesz się po raz pierwszy pocałować dziewczynę i nie wiesz, jak ona to przyjmie? Czy
czeka na to, czy będzie to hańba, upokorzenie albo szczęście. Tutaj szczęściem było, jeśli przeżyjesz.
Strzału nie było. Posunęliśmy się jeszcze o sto kroków. Z trzema żołnierzami przeszedłem przez torowisko linii kolejowej i tam ich zostawiłem.

- Nie boicie się tutaj zostać?
- Ani trochę, Wasza Ekscelencjo - zwyczajnie, bez popisywania się i rzeczywiście bez strachu odpowiedzieli żołnierze.

Przedostałem się z powrotem. Pozostawiłem tam trzech żołnierzy na czatach, a sam wróciłem się. Spotkałem chorążego piechoty, Podgórskiego, który szedł na zwiad z dwoma żołnierzami. Pokazałem mu, gdzie wystawione są nasze czujki.
Praca nad układaniem desek na podkłady szła kiepsko. Znowu zabrakło desek i musieliśmy je przybijać gwoździami. Zamierzali stukać młotkami, kiedy piechota rozpocznie ostrzał.
Przed 2 w nocy wrócił Podgórski. Okazało się, że austriackie okopy są puste i przeciwnik wycofuje się. Dowódca batalionu wysłał oddział, aby sprawdzili te dane, a potem oznajmił tą radosną wiadomość Budiłowiczowi i Komendantowi. Nam nakazano natychmiast przerwać pracę, a za kilka godzin garnizon forteczny wyruszył naprzód.
Tego samego dnia Szwarc rozkazał inżynieryjnym oficerom nanieść na mapę opuszczone przez wroga pozycje i zrobić ich opis. Mnie przypadł odcinek na lewo od linii kolejowej. Na prawo leżało pięćdziesięciu zabitych podczas wypadu. Zabrali ich sanitariusze. Ten widok nie był jeszcze tak straszny jak trupy w grobach. Leżeli oni w płaszczach w przeróżnych pozach jakby spali.
Idąc wzdłuż okopów wroga po dwóch kilometrach spotkałem Garkuna, który szedł z naprzeciwka. Zrównaliśmy się z artyleryjską pozycją dywizji gwardzistów. Tutaj, obok dział oficerowie pili herbatę. Serdecznie zaprosili nas do siebie. Zauważyłem, że gwardziści w ogóle są bardziej życzliwi niż piechurzy. Możliwe jednak, że jako koledzy piechurzy nie są gorsi od nich, ale są bardziej ordynarni i nie potrafią być uprzejmi.
Z odwodu kompania ruszyła naprzód. Młody kapitan wyszedł na czoło, zdjął czapkę i przeżegnał się. Żołnierze również zaczęli żegnać się. Padła komenda, kompania rozsypała się w tyralierę, a bateria ponad głowami piechoty otworzyła ogień. Kompania szła tą okolicą, gdzie niedawno zostały zepchnięte tyraliery wroga. Na zasiekach wisiał zabity żołnierz, inny leżał plackiem z karabinem w rękach. W jednym miejscu była plama krwi i kawałki ludzkiego ciała rozrzucone przez pocisk na dziesiątki kroków.
Jak najszybciej do fortu!
Za kilka dni dowiedzieliśmy się, że Budiłowicz nie żyje. Jego pułk szybko posuwał się naprzód. Budiłowicz został ranny w brzuch i wiedział, że umiera. Napisał rozkaz: „Umieram. Dowództwo przekazuję takiemu to...” - i podpisał.
Krótko przed śmiercią Budiłowicza został zabity jego syn oficer. Był to jeden z bohaterów, któremu nikt nie postawił pomnika, ale ja jego pamiętam i zawsze będę pamiętać.
Za uczestnictwo w wypadzie i za pracę przy przerwaniu pozycji nieprzyjaciela dostałem Order Św. Anny IV klasy (krzyżyk na rękojeści, szabla i temblak) i Order Św. Stanisława III Klasy z mieczami i kokardą. Żołnierze, którzy byli ze mną : Podstawkin i Gorbunow dostali Ordery Św. Georgija.
Kiedy napisałem Simie, że Orderu Georgija nie udało mi się jeszcze zdobyć, ona odpisała:

- Nie martw się, będzie własny.

Rzeczywiście, w grudniu urodziła własnego Georgija.

W październiku przeprawę przez Wisłę utrzymała jako jedyna tylko twierdza Dęblin. Cała Wisła była w rękach przeciwnika. Pod osłoną wannowskiego fortu przeprawił się przez Wisłę 3 Kaukaski Korpus z bohaterem - komandorem Irmanowem i Dywizja Gwardzistów. Oni przerwali linię frontu przeciwnika i popędzili go aż do Krakowa.
Szwarc natychmiast rozwinął prace umacniające tyły naszej armii (IV-ej) i zaczął przygotowywać środki do oblężenia Przemyśla i Krakowa.
Prace obronne trwały w dalszym ciągu na przednich pozycjach, koło Gorbatki. Jednocześnie budowano mosty przez Wisłę i przywracano do porządku drogi. Dla wzmocnienia naszego stanu przyjechali wojskowi inżynierzy z Brześcia, a kolejowi inżynierzy nawet z Kijowa. Przy budowie dęblińskiego mostu pracowała firma Knorre i Lembke.
O zwycięstwach obrońców Dęblina wiele pisano. W „Ruskim Słowie” pojawił się obszerny artykuł Wasyla Iwanowicza- Danczenko. Przyjeżdżał jakiś świecki profesor - angielski oficer razem z synem przewodniczącego Dumy Państwowej - pułkownikiem Rodzianko. Ci dwaj zachowywali się wyniośle i niechętnie odpowiadali na powitanie oficerów.
Czekaliśmy na przyjazd Cara.
Nie wiem, czyja była to inicjatywa, Szwarca czy jego zaufanych ludzi, ale nam rozkazano doprowadzić do połysku okopy. Padały deszcze, więc w okopach i podziemnych schronach stała woda. W czasie walk wody nie było. Nocą saperzy z pochodniami wygładzali nasypy z zewnętrznej strony okopu, zasypywali chrustem dziury w drodze i zasypali piaskiem wodę w okopach. Cała ta sprawa wywołała bardzo złe wrażenie na żołnierzach i młodszych oficerach.
Car chciał obejrzeć pozycje, gdzie toczyły się walki. Mnie wziął ze sobą do samochodu etatowy dębliński wojskowy inżynier - Baron Sztromberg. W świcie Cara znalazł się Suchomlinow i Frederiks. Podjechaliśmy do okopów. Obok była zniszczona wioska. Koło schronu stoi stół nakryty obrusem. Na stole chleb i sól. Obok stołu klęczał staruszek Polak.

- Gdzie byliście w czasie walk? – zapytał Mikołaj.
- Ukrywaliśmy się w bunkrach i w rowach, Wasza Cesarska Mość!
- Nikt nie został zabity?
- Zdaje się, że nie, Wasza Cesarska Mość! Pociski tylko chałupę mi rozwaliły i ziemię uszkodziły. Teraz orać jej nie można. Wasza Cesarska Mość! Mam prośbę. Proszę wziąć tę ziemię do skarbu państwa, a nam dajcie w innym miejscu.

W rzeczywistości to jego ziemia leżała na bagnie. Adiutant zapisał tą prośbę, a Suchomlinow dał starcowi 100 rubli.
Wokół chodziła ochrona w ubraniu maskującym. Oczywiście Carowi pokazano sprawdzonego starca. W cerkwi garnizonowej odbyła się modlitwa. Potem Szwarc mówił o naszych zadaniach i o wypełnieniu obowiązku. Zakończył tak:

- Niech złączą się poznańscy i austriaccy Polacy w jedno państwo z carstwem polskim! Niech zabłyśnie krzyż na Świętej Zofii (w Konstantynopolu)!

Za obronę Dęblina otrzymał Złoty Krzyż albo Georgijewski Order (złota rękojeść szabli z georgijewskim krzyżem i temblakiem na georgijewskiej wstędze).
Następnego dnia Car oglądał wannowski fort. Szwarc przedstawiał mu inżynieryjnych oficerów. Ja stałem jako trzeci. Z prawej strony stał baron Sztromberg, dalej Głazenapp, ja, Gruszwicki, Infentiew i na końcu Gorkun.
Mikołaj był mniej niż średniego wzrostu i nie wyglądał na silnego człowieka. Ubrany był w futrzany płaszcz z angielskiego sukna. Car miał ciemnorude sumiaste wąsy, bródkę, dość zmęczoną twarz i niespodziewanie donośny, barytonowej barwy głos.
Szwarc wymieniał nasze nazwiska, salutował i przechodził dalej. Barona Sztromberga Car zapytał, gdzie się uczył i kiedy ukończył szkołę, a mnie nie zapytał się o nic. Zapamiętałem jeszcze, że zanim wsiadał do samochodu, stał na stopniu i długo wycierał nogi. W forcie zwrócił uwagę na opancerzoną budkę dla wartowników, która została ustawiona już po walkach. Car wszedł do niej i przez szczelinę popatrzył w dal.

- I co, był pożytek z pancerza? Jak on chronił ludzi?

Tutaj Szwarc znów był nieszczery:

- Bardzo pomógł, Wasza Cesarska Mość! Nie ma ani jednego rannego.

Rannych rzeczywiście nie było, a to tylko dlatego, że fort nie był ostrzeliwany, walki toczyły się wyłącznie na przednich pozycjach.

Baza.

Do prac, które rozwinął Szwarc, potrzebna była baza materiałowa: magazyny, sprzęt i warsztaty, a także transport.
Przy stajni generała stało dziesięć koni. Obok stały małe warsztaty ślusarskie, kilka cystern z paliwem i dwa magazyny. Całym tym nieskomplikowanym gospodarstwem zarządzał młody, przebiegły urzędnik Romanienko. Był to drobny złodziejaszek dogadzający generałowi jak lokaj. Szwarc rozkazał rozwinąć bazę i na jej czele postawić oficera. Wybór padł na mnie. Niemałą rolę odegrała moja broda. Pozostali moi koledzy z akademii wyglądali na młodszych i niedoświadczonych.
Było mi przykro rozstawać się z fortem i kolegami. Wydawało się mi upokarzające zajmowanie się magazynami, podczas gdy inni wykonywali zadania bojowe, ale generał i Bielajew już postanowili i musiałem się podporządkować.
Przeprowadziłem się do 12-mieszkaniowego domu oficerskiego, który, nie wiem dlaczego, nazywał się ”Bristol”, myślę , że dlatego, że stał na drodze do dworca. W naszym wejściu mieszkania zajmowali: Tatarinow, Kleszczyński, cywilny technik z Georgijewskim Krzyżem, który otrzymał w Port-Artur. Wkrótce na pierwszym piętrze pojawił się jeszcze jeden uczestnik bitwy o Port-Artur, pułkownik Krestiński oraz podpułkownik Lwow z Brześcia i moskiewski inżynier, chorąży Ammosow.
Kleszczyński organizował u siebie obiady. Obiady były smaczne i niedrogie. Mój lokaj, Wróblewski również im pomagał. U niego w mieszkaniu pojawiały się dwie figlarne Polki w jedwabnych bluzkach, Jadzia i Asia. Zachowywały się skromnie, obrażały się na żarty pod ich adresem i rzucały kokieteryjne spojrzenia. Później okazało się, że to profesjonalne prostytutki. Elizarow, który przeszedł już na studia uzupełniające i miał prawo nosić znaczek akademicki, został mianowany w Gorbatce na takie samo stanowisko jak ja. Było mi wstyd kierować tym urzędem, tym bardziej, że moja baza była bazą główną, a Elizarowa tylko filią.
Mieliśmy niezbędne do prac materiały: drut kolczasty, cement, kamień, cegłę, drewno, liny, kable, przewody, worki (z napełnionych ziemią worków układano nasypy z zewnętrznej strony okopu) i paliwo, które dostarczali dostawcy. Przedsiębiorcy dostarczyli dodatkowe obrabiarki do warsztatów, piły tarczowe, kruszarki kamieni i maszyny drogowe. Nad prawidłowym przebiegiem prac budowlanych czuwał Kleszczyński. Tatarinow dowodził oddziałem zwiadowczym. Na bazie silników Diesla, które były przy reflektorach organizowali elektrownie dla oświetlania cytadeli. Prowadzono tam doświadczenia nad zelektryzowaniem drutów kolczastych. Ammosow zajmował się pracami betonowymi. Nadzór techniczny przy budowie drewnianego mostu sprawował inżynier komunikacji, Żukow z Kijowa. Był on dostawcą firmy Knorre i Lembke.
Natychmiast przegoniłem Romanienko. Magazynierzy przyjęli materiały na stan według stanu faktycznego. Dotychczas nikt nie prowadził żadnych ksiąg. Magazynierzy zaczęli wydawać materiały według kwitów podpisanych przeze mnie, przechowywali pokwitowania.

Przysłali mi do pomocy małomównego urzędnika, który założył księgi przychodów i rozchodów oraz inne „akta”. Wziął sobie do pomocy pracownika biurowego, starego pedantycznego Polaka. Trzeba było zatrudnić dodatkowych magazynierów. Między nimi wyróżniał się powolny, dokładny i bardzo taktowny pan Piłatowski. Później okazało się, że brał łapówki od wykonawców. Wyjechał z Dęblina z dużą sumą pieniędzy. Burzyński, robotnik z Łodzi został przyjęty jako brygadzista prac załadunkowych, brygadzista budowlany, a także zajmował się rozbudową magazynów. Rozmawiałem z nimi po polsku. Burzyński przyznał się mi, że jest socjaldemokratą, ale wojnę z Niemcami popiera. Pracował nienagannie, sumiennie i bezinteresownie. Inny dębliński brygadzista, Michejkin był stróżem. To typowy chłop ale niezastąpiony pracownik. Nie było takiego polecenia, nawet najtrudniejszego, którego by nie wykonał. Posłano go, aby werbował pracowników do pracy przy budowie mostu. Jeździł prawie trzy tygodnie, ale przywiózł 50 ludzi, pokonując wszystkie przeszkody u naczelników wojskowych w Połocku i na linii kolejowej. Później okazało się, że brał łapówki od werbowanych ludzi, a oni otrzymywali odroczenie od służby wojskowej w armii czynnej.
Warsztatami kierował stary, czcigodny pracownik z siwą bródką , Parusow.
Narzędzia i materiały elektryczne były przechowywane u podoficera Kobzewa, typowego lizusa-potakiwacza. Wszystkie materiały były dostarczane przez wykonawców. Umowy z nimi zawierał Bieliajew, a materiały przyjmowali moi magazynierzy. Stąd też wypływała chęć przekupienia mnie. Oprócz tego, można było u nas wcześniej dowiedzieć się, jakie materiały są potrzebne. Spośród wykonawców wyróżniali się: podobny do rabina, czcigodny Sandomirski, nędzny, krótkowzroczny nieudacznik Pape, skromny i niezastąpiony pracownik Gandelsman, który był najlepiej poinformowany o naszych sprawach. Błyskawicznie wypełniał nasze polecenia i zarabiał najwięcej ze wszystkich. Byłem przy nich czujny, nie witałem się z nikim przez podanie ręki, nie zapraszałem, aby usiąść i ograniczałem się do jak najkrótszej rozmowy.
Pierwszy postanowił mnie zdobyć Sandomirski. Pod moją nieobecność przyszedł do ordynansa i zostawił dla mnie woreczek W woreczku była butelka szampana, butelka koniaku, czarny kawior, ser i, zdaje się, jeszcze wędzony łosoś. Wszystko to były towary deficytowe. Natychmiast odniosłem to do biura i powiedziałem, aby oddali Sandomirskiemu. Finansowym rewidentem był stary, otyły, cyniczny kawaler Sochacki. Wcześniej pracował jako rewident w liniach kolejowych. Sochacki po coś poszedł do szafy:

- A to co? - od razu zauważył.

Powiedziałem, o co chodzi.

- Przecież to dobre rzeczy - i...zabrał sobie ten nieudany prezent.

Znacznie później, kiedy przyjechała Sima z dziećmi, Sandomirski zjawił się w naszym mieszkaniu, podziękował za dobre stosunki, jakie panują między nami i potem niepostrzeżenie położył mi na stół 300 rubli. Tak byłem zakłopotany, że nie wiedziałem, co mam zrobić. Oddałem mu pieniądze i poprosiłem, żeby więcej nie proponował mi łapówek. On również był zakłopotany. Więcej do mnie nie przychodził, ale aż nadto mnie chwalił.
Zupełnie innym wykonawcą była firma ”Baranowski i Spółka”. Przyjechał inżynier z teczką i cennikiem wyrobów metalowych. Potrzebne nam były szczęki do kruszarek kamieni. Złożyliśmy zamówienie. Przedstawiciel firmy jeździł do Rygi, do Moskwy, ale niczego nie znalazł, gdy tymczasem drobny przedsiębiorca narodowości żydowskiej, Gandelsman zdobył tą część w przeciągu kilku dni.
W urzędzie pojawił się okazały polski pan z sumiastymi wąsami, w kurtce węgierce ze sznurkami. Zaproponował kupić w Choliamszczynie worki do umocnień, których tu zużywano setki tysięcy. Bieliajew zamówił u niego te worki, ale dostarczał nam zgnile i podarte. Z każdej setki odrzucaliśmy 5-10 sztuk i nie płaciliśmy za nie. Oznaczało to, że w przychodach zapisywaliśmy 90 zamiast 100 sztuk. Do magazynu docierało 100 worków. Przy wydawaniu saperzy znów zapisywali 100. W taki sposób w magazynach oszczędzano. Zapisali, że otrzymali 90, a wydali 100 tysięcy. Co zrobić ze zbędnymi 10 tysiącami? Każdy worek kosztował 40 kopiejek. Pilitowski uważał, że na te 10 tysięcy można otrzymać nowy rachunek od dostawcy. Faktycznie, otrzymał 4 tysiące rubli i podzielił się tymi pieniędzmi z magazynierami. Od czasu do czasu razem z kontrolerami sprawdzałem stan magazynu i zapisywałem nadwyżki, jakie powstawały, z wyjaśnieniem skąd pochodzą. Kontroler Jasiukiewicz dokładnie liczył worki, ale kiedy zastąpił go Sochacki, a potem Kliuczinski resztek towaru było mniej. Ogólnie mówiąc, finansowi kontrolerzy i w Dęblinie i w innych miejscach bardzo często mieli lepkie ręce. To oni powinni mnie kontrolować, a w rzeczywistości to ja kontrolowałem ich.
Była i taka kombinacja. Do garnizonu trafiło dziesięć wagonów drewna. Odrzuciliśmy je, ponieważ zamiast brzozy przysłano wilgotną osikę. Poleciliśmy dostawcy w ciągu 24 godzin zabrać wagony z drewnem, żeby zwolnić tory. Za trzy dni przychodzi on przygnębiony z propozycją:
- Tam jeszcze jedzie dwadzieścia wagonów takiego samego drewna. Proszę o pozwolenie rozładowania wagonów na stacji, żeby nie zapychać linii kolejowych prowadzących do fortu.
Butinski dowiedział się, że pierwszą partię dostawca sprzedał dwa razy drożej od obowiązujących u nas cen. W drugiej partii jedzie brzozowe drewno. On sprzeda je jeszcze drożej. Bez naszego rozładunku nie mógł dostać następnych wagonów.
Robotnicy otrzymywali swoje wynagrodzenie według numerków w obecności kontrolerów. Kontrolerzy zgadzali się, aby wpisywać na listy martwe dusze. W ogóle złodziejstwo kwitło jak podczas każdej wojny.
Wielu rzeczy nie znałem i nie chciałem znać. Elizarow zaś w Gorbatce szybko włączył się w towarzystwo kombinatorów. On stosował jeszcze taki sposób. Pozwalał na wpisywanie martwych dusz. Za te pieniądze dawał premie swoim pracownikom i dostawcom. Podwyższał ich pensje ponad wszelki stan, a oni w dniu jego imienin i w inne uroczyste dni wręczali mu cenne prezenty.
Kiedy moi teściowie, a rodzice porucznika Stepanowa dowiedzieli się, że ich syn został zabity w walce, prosili, aby w 20-tym połtawskim pułku dowiedzieć się o szczegóły. Generał wysłał mnie na delegację do Warszawy. Znalazłem w pułku feldfebla gospodarczej kompanii, który potwierdził, że porucznik Stepanow rzeczywiście został zabity. On sam nie widział jak to się stało, ale słyszał od żołnierzy, że pochowali w zbiorowej mogile gdzieś koło Soldaja.
W mieszkaniu, gdzie przed wojną przebywał Żorż, również nic nie wiedzieli. Gospodarz mieszkania, polski artysta był typowym przedstawicielem bohemy z kręgu reprezentantów sztuki. On z zadowoleniem prowadzał mnie po restauracjach, kawiarniach i teatrach. Na jego nieszczęście ja nie miałem zamiaru hulać. Płaciłem za jego bilety, za kolację z piwem i tyle. Kawiarnie i restauracje były przepełnione, gdyż zagrożenie dla Warszawy już minęło. Wielki Książę Mikołaj Mikołajewicz od czasu do czasu przeprowadzał czystkę. W sumie wysłał z Warszawy około 20 tysięcy kobiet, głównie prostytutek, które pod przykrywką żon oficerów zalewały tyły armii. Tutaj było więcej pieniędzy niż na głębokich tyłach.
Poprosiłem Gandelsmana, żeby przesłał rzeczy Żorża do Dęblina: fotel, biurko i jeszcze jakieś meble. W moim mieszkaniu zrobiło się przytulniej.
Pewnego razu przy obiedzie u Kleszczinskiego wywiązał się spór o perspektywach wojny, o roli Słowian w Europie i o cechach naszych żołnierzy i oficerów. Spór toczył się między Krestinskim i Pankratowem. Z replik Kleszczinskiego było widać, że nie wszystko dla niego jest zrozumiałe. A Tatarinow sprzeczał się błyskotliwie, chociaż bez pasji. Kiedy odchodziliśmy od Kleszczinskiego, wszedłem do pokoju Tatarinowa i kontynuowałem rozmowę.
Okazało się, że nieudolny wynalazca Tatarinow interesuje się filozofią i religią. U niego na stole leżało Pismo Święte, Cyrograf, wycinki z Talmudu, tajemnice indyjskich jogów i inne książki w tym rodzaju. Od tego momentu często przychodziłem do niego, a on do mnie, zaprzyjaźniliśmy się.
Przy sklepie spotkałem Tatarinowa razem z żoną Bieliajewa i z żoną Sojmonowa. Jedna była absolwentką ze Smolnego, ale nie całkiem „comme il fout”. Za dużo pierścieni i brylantów mieniło się na niej. Druga była bardzo podobna do mieszkanki Odessy, krzykliwie ubrana i bardzo nonszalancka. Tatarinow też zachowywał się przy nich nonszalancko jak z gimnazjalistkami.
Zjawiła się w forcie ruda i brzydka baronowa Sztromberg z pretensjami. Spodobał się jej Tatarinow. Zaczęła więc do niego przychodzić, w szczególności, kiedy zachorował. Wyrażała także chęć zostać dyżurującą pielęgniarką, ale choroba była takiego rodzaju (rozstrój żołądka), że Tatarinow postarał się wszelkimi sposobami pozbyć się jej. Niemało się z nim naśmialiśmy z tego powodu.
Garażem generała, gdzie stały dwa samochody osobowe i dwie lub trzy ciężarówki zaczął zarządzać chorąży Słucki, właściciel ziemski Susze-de-la-Diubuaser. Miał koło pięćdziesiątki i nosił sumiaste wąsy. Dali go pod moją komendę. Szybko przezwali go „Szewalie osuszający de butelije”. Nie miał w sobie nic francuskiego. Był zwykłym, średniej klasy właścicielem ziemskim. Przychodził do mnie często także doktor Sokołowski. Zjawił się w dowództwie inżynieryjnym jeszcze jeden bardzo sympatyczny i kulturalny chorąży o ładnym nazwisku Swiatogor. On niedawno ukończył uniwersytet.
Tatarinow opowiadał anegdoty, grał na maleńkiej harmonii Newskiego, rapsodie Liszta, a przy gitarze śpiewał strofy Kuroczkina i Beranże. Byłem bardzo zadowolony z takiego towarzystwa.
Inaczej bawili się inżynierowie komunikacji w innym wejściu naszej oficyny. Trwało tam nieprzerwane pijaństwo, a ilość kobiecej służby sięgnęła siedem osób. Były to zawodowe prostytutki. O ich wyczynach doszły słuchy do komendanta. On polecił generałowi Popowowi rozwiązać tę sprawę. Byłem bardzo zakłopotany, kiedy Popow wezwał mnie do siebie, zamknął drzwi na klucz i zaczął wypytywać, kto i po co.
O inżynierach kolejowych wiedziałem tylko ze słyszenia, a służące widziałem u Kleszczinskiego, kiedy jedliśmy tam obiady z Tatarinowem. Przed generałem niczego nie ukrywałem i powiedziałem, że u Kleszczinskiego mieszkają prostytutki.

- Mianuję pana komendantem tej oficyny - powiedział na końcu generał. -Niech się pan zatroszczy o to, żeby przegnali te dziewczyny. Przecież wśród nich mogą być szpiedzy.

Jednocześnie generał wezwał do siebie wachmistrza żandarmów, żeby ten sprawdził dokumenty u wszystkich mieszkańców oficyny. Następnego dnia wszystkie panienki zostały wysiedlone, a inżynierów komunikacji gdzieś przenieśli. Na ich miejsce przyszli sztabowi adiutanci.

Za dwa tygodnie, kiedy wracałem z pracy, przed wejście dla adiutantów zajechał samochód osobowy. W samochodzie siedzieli oficerowie i dwie interesujące damy w modnych kapelusikach. Twarze tych kobiet wydawały mi się znajome. Kiedy przypatrzyłem się bliżej, okazało się, że to służące Kleszczinskiego, ale już w nowej roli. W naszym wejściu znowu było słychać chichoty. Te „damy” przyjeżdżały na kilka godzin i na pewno żandarmi jeszcze ich nie zauważyli.
Szwarc energicznie rozwijał prace nad umocnieniem rejonu. Przyjeżdżali jeszcze inżynierowie z Brześcia i Leningradu. Między nimi znalazł się pułkownik Medinski, syn samarkandzkiego gubernatora. Jego siostra, Osz wyszła za mąż za adiutanta 5-go pułku - Szutichina. Tańczyłem z nią kilka razy na wieczorkach. Pułkownik również był zadowolony ze spotkania oficera z Samarkandy. Potraktował mnie bardzo miło. Swojego czasu ukończył jako prymus Wojskowo-Inżynieryjną Akademię i kierował budową carycyńskiej (stalingradzkiej) fabryki broni.
Przyjechał Tejch, odwiedzał mnie. Oburzał się na pokojową atmosferę, jaka panuje w cytadeli. Był podniecony pracą na przednich pozycjach. Przyjechał z raportem do naczelnika sektora. Ten nie był zbyt trzeźwy, ale pozwolił odczytać raport. Zaczął groźnym tonem robić mu uwagi. Borys Mikołajewicz wybuchnął:

- Panie pułkowniku, ja nie mogę z panem rozmawiać, dlatego że pan jest pijany...
Wstał i wyjechał. W rezultacie tej sytuacji, generał skarcił mojego kolegę, ale żadnej kary nie nałożył. Generał powiedział mi w zaufaniu:

- Komendant skierował pod pana komendę Nożina, swojego kolegę z Port-Artur.

Niech będzie pan z nim ostrożny. On jest pisarzem. Napisał książkę ”Prawda o Port-Artur”. Możliwę, że on jest jego szpiegiem.
Następnego dnia zjawił się u mnie w mieszkaniu cywil w ciemnych okularach i z sumiastymi wąsami. Zachowywał się szczególnie grzecznie jak nie przystoi wojskowemu. Poleciłem mu być moim pomocnikiem i wziąć bezpośrednio pod swoją opiekę obóz i garaż. Jeszcze przez kilka dni przychodził w płaszczu z szlifami urzędnika, rewolwerem, szablą i w ostrogach.
Nożin był korespondentem port-arturskiej gazety. Jego korespondencje nie spodobały się Stesselowi. Stessel, jako komandor korpusu, chciał, żeby komendant Smirnow podporządkował się jemu, a zgodnie z regulaminem komendant podlegał tylko głównodowodzącemu Kuropatkinowi. Nożin znalazł się między młotem a kowadłem. W końcu wziął stronę Smirnowa. Stessel rozkazał go aresztować jako niepewnego politycznie. Nożin uciekł do Czify, gdzie został internowany przez Chińczyków.

Gdy po wojnie sądzili Stessela, Nożin wystąpił w roli świadka oskarżenia, a po wyroku napisał książkę „Prawda o Port-Artur”. Czytałem tę książkę i muszę powiedzieć, że jest nieźle napisana. Autor nie był pozbawiony poczucia humoru i był dobrym obserwatorem.
Jego wojskowa postawa wywoływała u wszystkich uśmiech. Zaznajomiwszy się z naszym urzędem, zaproponował swoje usługi - pojedzie do Warszawy zakupić urzędowe księgi i materiały biurowe. Za pozwoleniem Bielajewa dałem mu zaliczkę 200 rubli i delegację na trzy dni. Tydzień go nie było. Już zaczynaliśmy się martwić, ale zjawił się niespodziewanie u mnie wieczorem nie całkiem trzeźwy. Pocałował mnie trzy razy. Przywiózł mi w prezencie dziesięć artystycznych widokówek, imienną pieczątkę dla mnie i figurkę z brązu. Figurka przedstawiała dziewczynkę w kapelusiku i w spódnicy, którą podciągał do góry wiatr. Zapewniał mnie o swoich przyjacielskich uczuciach.
O rezultatach delegacji mówił już w biurze. Przywiózł jakieś formularze, a książki zamówił na ... 2 lata. To było mimowolne proroctwo, że wojna będzie jeszcze długo trwać. Wtedy oczekiwaliśmy, że wojna skończy się w przeciągu 3-4 miesięcy. Z zaliczki nie rozliczył się. Za tydzień trzeba jechać po inne książki i potrzebna jest zaliczka. Dali mu jeszcze prawie 300 rubli. Tym razem pojechał samochodem. Wziął ze sobą 15-letniego ordynansa, bezdomnego chłopca, Miszkę. Miszka miał twarz spaloną słońcem, a włosy i brwi zupełnie białe, dlatego też Nożin nazywał go negatywem.

Za trzy dni komendant dostał telegram: „Siedzę w więzieniu, ratujcie”. Trzeba było posłać za nim oficera. Okazało się, że mój literacki pomocnik porządnie wypił i zachciało się mu w cerkwi czytać „Dzieje Apostolskie”. Nożin mówił niskim basem. Kiedy czytającego chcieli wyprowadzić z cerkwi, opierał się, więc patrol odwiózł go do aresztu wojskowego w forcie. Od Szwarca też mu się dostało. Kiedy pytaliśmy Miszkę:

- Co tam robiliście w Warszawie z Eugeniuszem Konstantinowiczem?

On odpowiedział krótko:

- Hulaliśmy.

Nożin wyciągnął dla Miszki trąbkę. Kiedy jechali samochodem, Miszka stał wyprostowany obok szofera i cały czas trąbił.
Był jeszcze taki przypadek, kiedy pijany Nożin postanowił sprawdzić wartę i o mało co nie pobił się z wartownikiem. Jedna z cystern z mazutem należała do dostawczyni. On napisał raport: „ Wartownik sprawuje swą służbę czujnie: pilnuje nie tylko państwowych cystern, ale i cysternę Żydówki Gandelsman...”
Znowu go wyzywali, ale nie brali tego na serio.
Był też taki przypadek. Komendant zwrócił uwagę, że brakuje środków przeciwpożarowych. Generał wezwał mnie i Nożina, aby omówić, jakie środki można przedsięwziąć. Postanowiliśmy postawić zbiorniki z wodą, powiesić gaśnice, doprowadzić do porządku grupę wozów przeciwpożarowych itd.

- Może postawimy jeszcze jednego wartownika? – Zwrócił się do mnie generał.
- Po co, Wasza Ekscelencjo? – zapytałem naiwnie.
- Żeby obserwował, gdzie iskry lecą - przytłumionym basem dodał Nożin.
- Tak, słusznie - pokiwał głową generał.

Popatrzyłem na Nożina. Stał spokojnie na baczność, tylko oczy błysnęły humorem spod czarnych okularów. Już nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Generał i tak nic nie zauważył. W ogóle wojskowa postawa Nożina pozostawiła mi wesołe wspomnienia.

Sofia Seriejewna Bieliajewa spotkała mnie przed Bożym Narodzeniem:

- Niech pan przyjdzie do nas w Wigilię. Gości u nas nie będzie. Zapraszamy tylko bliskich przyjaciół.
I tak nie zrozumiałem, od kiedy stałem się bliskim przyjacielem ich rodziny, ale zaproszenie schlebiało mi. Z jednej strony Bieliajew widocznie bał się, żebym ja nie zainteresował się jego związkami z wykonawcami, a z drugiej strony wiedzieli, że ja przyjaźnię się z Tatarinowem. Tatarinow był miły, dowcipny i interesujący w każdym towarzystwie.
Oprócz nas było jeszcze pięciu gości. Wśród nich Samojłow z małżonką. On miał głupi uśmiech i zabawnie chodził na palcach. To było naprawdę śmieszne, kiedy przed nim szła wystrojona, rozpromieniona i zadowolona z siebie mieszkanka Odessy, a za nią stąpał mąż na palcach. Żegnając się, szepnął mi:

- Jutro zapraszam do nas. Mam w zapasie 100 butelek wina ... tylko.

Kławdija Mikołajewna potwierdziła zaproszenie. Byliśmy u nich. Tatarinow zachowywał się tam jeszcze bardziej swobodnie niż u Bieliajewów.

Przed Nowym Rokiem było przyjęcie u komendanta. Zaproszeni byli tylko dowódcy oddziałów i inżynierowie wojskowi z żonami. Według niepisanych zwyczajów nasi porucznicy okazali się lepsi od pułkowników piechoty.
Tutaj widziałem po raz pierwszy, jak gospodarz stoi na podeście i wita każdego gościa. Wchodzący goście całowali gospodynię w rękę, wymieniali się uściskiem dłoni z komendantem, a później dzielili się na grupy. Ja zająłem miejsce przy stoliku razem z Tatarinowem i dowódcą kompanii telegrafistów. Oreszko, Sojmonowie i Beliajewowie byli w innym pokoju, ale widzieliśmy ich w lustrze wiszącym na ścianie ich pokoju i wymienialiśmy się znakami. Po patriotycznych toastach gospodarze obchodzili wszystkie stoliki i z każdym wymienili kilka słów. Szwarc miał uroczą manierę serdecznego i znaczącego wpatrywania się w oczy współrozmówcy z takim wyrazem: „my się rozumiemy i szanujemy nawzajem”.
Tak zakończył się 1914 rok. Dostałem się w takie towarzystwo, o jakim oficer piechoty nie miał co marzyć. Jednak w tym towarzystwie nie wszystko okazało się tak wspaniałe, jakbym chciał. Kobiety były wyraźnie w złym guście. Wśród inżynierów i pułkowników trafiali się defraudanci i głupcy, i to nawet częściej niż w piechocie. Może w wyższych sferach, na przykład w takich, o których pisze Lew Tołstoj, byli bardziej interesujący ludzie. Nie przyszło mi już jednak wznieść się wyżej w towarzystwie, jak miało to miejsce w twierdzy dęblińskiej. Później przyszło mi zniżać się w coraz to mniej kulturalne warstwy społeczne.
W Moskwie w 1915 roku znowu znalazłem się w towarzystwie generałów, ale nie trwało to długo.
Z konkretnych ludzi, oprócz Tejcha i kolegów z akademii (tam pozytywnych charakterów było więcej niż połowa) dobre wspomnienia pozostawił Eugeniusz Aleksandrowicz Oreszko. Był chudy, chorowity, skromny, nikogo w towarzystwie nie krępował i nikomu nie przeszkadzał. Często można było zobaczyć go z gazetą lub z książką. Można było z nim rozmawiać o jego specjalności, o sprawach wojskowych, o historii. Było bardzo interesująco, okazało się bowiem, że znał takie szczegóły, na jakie nie zwraca się uwagi. Tak więc z miłością przyglądał się ludziom i znajdował w żołnierzach takie talenty, o istnienie których nikt inny by nie podejrzewał.
Przyjechała do niego żona - Dora Adamowna, tak samo chuda i niewidoczna jak on. Opowiadała, że we wczesnej młodości Eugeniusz Aleksandrowicz dużo pił. Te jego awanturnicze wypady były znane całemu miastu (Nowogeorgijewsku). Na przykład: przebiegał całym pędem po krzesłach na sali, gdzie tańczyła młodzież, a mamuśki siedziały wzdłuż ściany. Powodowało to, że pierwsze z brzegu zrywały się ze swoich miejsc, nie czekając, aż on na nie wskoczy. Próbował też bujać się na żyrandolu, zaczepiając go sznurkiem albo brać od muzyków bęben i bębnić dla maszerujących.
Teraz już w ogóle nie pił wódki. Rozwinęła się u niego gruźlica. Żona pomogła mu dojść do siebie.
W nowym roku odwiedziłem generała Popowa i inżyniera Żukowa. Żona Żukowa była dyrektorką gimnazjum w Kijowie. Na święta przyjechała do męża. On zawsze był dla mnie miły, wiele razy zapraszał do siebie i dlatego też poszedłem.
Poznali mnie tam z niskim oficerem o wyglądzie cywila. To był Wiesnin, wtedy już sławny architekt i artysta. Otrzymał też jakąś nagrodę. Który z dwóch sławnych Wiesninów był w Dęblinie, nie wiem. Porozmawialiśmy trochę o sztuce, o wojnie. On szybko od nas wyjechał. W moim biurze poznałem moskiewskiego architekta, Ammosowa. To człowiek niezbyt reprezentacyjny, z pisarskimi wąsikami i z biegającym spojrzeniem robił wrażenie jarosławskiego sprzedawcy. Przychodził zorientować się, jak można ulokować się w forcie. Praca nad umacnianiem przednich pozycji wyraźnie go nie zadowalała. Nie wiem, w jaki sposób dostał się na budowę wąskotorowych linii kolejowych, a przyjechał mieszkać do nas, do „Bristolu”. U Kleszczinskiego bardzo szybko został potraktowany jak swój człowiek.
Za dwa tygodnie przyjechała jego żona, Olga Aleksandrowna. To piękna kobieta o nienagannej figurze i bardzo dobrze ubrana. Ulokowała się w jego mieszkaniu i od tej pory Ammosow zaczął brać obiady do domu. Stwierdziliśmy ze Swiatogorem, że jest jej tam smutno. Poszliśmy do nich z wizytą, a potem ona zaczęła przychodzić do Kleszczinskiego.